Ładna, uniwersalna, bezpretensjonalna, alegoryczna, głęboka i wieloznaczna opowieść. Oglądasz i nagle przestajesz dziwić się, że "Rewers" odpadł w przedbiegach.
Na wrocławskim Moście Tumskim wisi prawie tona kłódek. Łaknące symbolicznej pieczęci pary, pchnięte dodatkowo bio-chemicznym speedem, decydują się na desperacki krok, jakim jest zapięcie kłódeczki z inicjałami lub imionami i wyrzucenie kluczyka do przepływającej pod mostkiem Odry.
Znany jest mi przypadek amanta, który zdążył zakluczyć pięć kłódek. Rozmawiałem niedawno z jednym, który na wszelki wypadek trzyma drugi kluczyk, zapasowy, w bezpiecznym miejscu, na dnie zagraconej szuflady.
O ile w pierwszym przypadku sytuacja pań jest beznadziejna, bo na nic większego wpływu mieć nie mogą, o tyle drugiemu da się jakoś zaradzić: kłódeczkę kupować wspólnie, z marszu udać się na most i po dokonaniu rytuału dopilnować wyrzucenia kluczy. Obu. Wszystkich.
Jest zima. Służby wszelkiej maści dały dupy po całości. Jeśli coś jest odśnieżone, to góra w połowie, najczęściej na szerokość szufli. Takie zjawisko nie dziwi na peryferiach, poza ścisłym centrum. Najsmutniejsze jest jednak to, że podobnie jest w pobliżu rynku, gdzie przetaczają się tabuny ludzi.
Z ludźmi trzeba się mijać, niestety, nie zawsze się da. Nie mówię tu o starszych paniach i panach, często o laskach. Nie rzecz w troglodytach rodzaju męskiego, których dla kurażu można fizycznie przesunąć. Najgorsza swołocz ze wszystkiego to te wylaszczone straszydła. W miejscu, gdzie z trudem mija się dwójka ludzi, idą sobie z psiapsiółką pod rękę i świata nie widzą.
Powiedzmy więc sobie wprost: nie jesteś ósmym cudem świata, nie będę klękał przed tobą niczym twój misio, piesio czy inne zwierze, które trzymasz w swojej zagrodzie. Nie robi na mnie wrażenie luksusowa powierzchowność; przez grzeczność jedynie i z przyzwyczajnia pierwszym skojarzeniem, jakie przychodzi mi do głowy, nie jest pewna starożytna profesja z tradycjami. Po prostu łaskawie zabierz swoje bez wątpienia zgrabne i wyeksponowane do granic możliwości cztery litery z chodnika na tyle, żebym mógł się z tobą minąć bez konieczności wchodzenia w jakikolwiek kontakt fizyczny.
A później to już jak chcesz. Poślizgnij się, wpadnij w zaspę, ląduj telemarkiem na swoich lachońskich szpilach z węża, łyknij sopla z dachu i przepadnij na wieki. Nie przypominaj mi o tym, jak bardzo można zbłądzić.
Jest coś fascynującego w tym, jak po powrocie do domu, kiedy mamy już za sobą te wszystkie tramwaje i autobusy, siadamy do stołu i jemy obiad, by później, podjadając orzeszki, co jakiś czas oblizywać palce.
Te same, którymi wcześniej czule ścieraliśmy resztki niecnych procederów, jakim oddawali się wszyscy pasażerowie przed nami. W takim momencie pytanie: "Czy przed usunięciem ósemek warto spisać testament?" traci na znaczeniu wobec: "Czy przed złapaniem się poręczy warto..." no właśnie. Prawdopodobnie warto, jeśli nie testament, to chociaż jakieś wskazówki dla lekarzy.
Nie dałem się i w związku z tym dziś obejść się musicie bez posta. Za to możecie nakarmić się egzotycznym wideo, jak to robale potrafią zżerać człowieka żywcem. Egzotyka.
Za jakiś czas ciąg dalszy. Uświadamiania nigdy za wiele.
Tak, stary, pora jest późna, a mnie korci na tę warkę, cośmy ją przed bodajże dziesięcioma laty wykopali na polu nieopodal parku. Już wtedy miała swoje dobre siedem lub osiem lat, więc będziesz wiedział, co powiedzieć wdowie i dzieciom.
Przy okazji, skoro już tak mrozi za oknem, przypomniało mi się, jak wiele lat temu tato przyciął sobie palce na lodowisku. W sumie to nie sam, a mu przycięto i nie dlatego, że upadł, ale go podciąłem, został więc podwójnie szlachnięty.
Dobra, miało być coś innego. Najważniejsze, to aby w chwili, gdy bierze ochota na pisanie, zdusić tę chęć, zainteresować się czymkolwiek innym, nawet najgłupszym zajęciem. Tylko to ocali świat przed zalewem bezsensownej treści.
Zdarzają się chwile w życiu człowieka, gdy potrzebuje się po prostu przejść. Wiedział o tym Kant, wiedzą o tym ci, którzy bezpośrednio doświadczają zbawiennego wpływu włóczenia się pozornie bez celu.
Integracja z narodem ludzkim owocuje niekiedy, i nie jest to żart, o dziwo, rozmaitymi zasłyszanymi historyjkami, dykteryjkami i tym podobnymi, zwykle jest to zlepek komunałów, niekiedy trafiają się perełki, choć co jest czym i kiedy, zależy od kontektu, bo niejednokrotnie banalna kwestia padająca z ust blond klona w białych kozakach, kurteczce do talii i ciasnych spodenkach jest czymś na kształt epickiego przełomu w myśli i kulturze.
I tak, zaczynając od pierwszego piętra galerii handlowej:
"Jebiemy sobie życie za młody tylko po to, żeby żałować i płakać przez całą starość, kiedy już nie będziemy mogli".
"Gra w kłeja odpręża i dowartościowuje. Nic nie pomaga tak dobrze, jak pokazać amerykańcom czy angolom, że mogą być ekonomicznymi gigantami, ale jeśli chodzi o naciskanie spustu, to ssą jak galerianki".
"No ja myślę!" - usłyszałem na ostatnim piętrze, aż się obejrzałem i wierzcie mi - byłem pod cholernym wrażeniem.
Tymczasem w pobliskim mieście ludność budziła się do życia. W swoim sklepiku w oficynie od świtu krzątał się Gromek. Wcześniej naszarpał się z opornymi drzwiami, stłukł szybę, wyrwał klamkę, usiadł więc na chwilę i pomyślał o tym, co działo się wcześniej.
Jechał akurat do pracy. Wcześniej, na przystanku tramwajowym, jego uwagę zwróciła kobieta z dzieckiem. Dziecko biegało dookoła, matka zaś bezradnie próbowała ograniczyć jego nadmierną ruchliwość. W końcu udało jej się osaczyć malucha i powiedzieć: "Przestań tak biegać, bo cię tu zostawię".
W końcu nadjechał tramwaj. Kobieta z dzieckiem usiadła tuż przy oknie, biorąc maleństwo na kolana. Tam zwróciła uwagę jakiejś młodej jędzy z blizną na pół policzka. Maleństwo zaczęło się wiercić i kwilić. Jędzowata młódka, widocznie zniecierpliwiona bezradnością matki, postanowiła ją wyręczyć i uderzyła w te słowa: "A czemu jesteś taka niegrzeczna? Mam cię zabrać od mamy? No chodź ze mną" - mówiła.
Dziewczynka uspokoiła się, ale tylko na chwilę. "Kto jest taki niegrzeczny?" - spytała najwyraźniej już zła kobieta. Matka przygarnęła dzieciaka, strasząc go porwaniem, zostawieniem i wszystkim tym, czym kalecy rodzice zastępują tak skomplikowane pytanie jak "Co się stało?" lub tłumaczenia w rodzaju "Jeszcze trzy przystanki i jesteśmy na miejscu, o, popatrz za okno, jaki wielki, pomarańczowy kurczak".
Tego było dla Gromka za wiele. Nachylił się do dziecka i patrząc na kobietę z blizną powiedział: "Nie bój się. Czarownica porywa tylko złe dzieci, poza tym mama na pewno nie da cię zabrać. Prawda?" - dodał patrząc na matkę. "Prawda?" - powtórzył. Kobieta zerknęła na niego i mocniej przycisnęła dziecko, odwracając się do okna.
Gromek także popatrzył w okno, myśląc o ukochanej Złotoryi. Złotoryja miała dwadzieścia dwa lata, zbójecki charakter i lokalną banditierkę w garści. Z tego powodu regularnie nawiedzała gromkowy sklep, czyniąc spustoszenie tak w asortymencie, jak i w sercu właściciela.
Nie łudził się, że rozbita szyba uratuje go przed kipiszem. Był wtorek.
Buty są wygodne, nieprzemakalne i trzymają się śniegu oraz lodu jak, nie przymierzając, Zimbardo marzeń o ludzkiej miłości do bliźniego.
W zasadzie nie mają żadnych wad, idealnie pasują na rozmiar, grzeją i chronią. Wadliwa jest kończyna ma, a raczej stała się taką w skutek pewnego zdarzenia losowego.
Ze dwa lata temu przydarzyło mi się paść ofiarą roztargnienia i brawury, tym razem nie mojego lecz kierowcy auta, który postanowił zaskoczyć mnie na ulicy. Taranując. Nie miałem pretensji, przecież nie zrobił tego specjalnie, no nie? Nie wchodzisz do auta po to, żeby zarypać człowieka.
Wszystko pewnie dobrze by się skończyło gdyby nie to, że poruszałem się rowerem. Zostałem więc odwieziony erką do szpitala, gdzie niezwłocznie nie stwierdzono u mnie żadnych poważnych obrażeń (pozdrawiam kolegę z liceum, który mnie tam wtedy prześwietlał, niecodzienny zbieg okoliczności), opatrzono i pozwolono przesłuchać policji. Po czym puszczono do domu.
Wszystko wydawało się wracać do normy, stopa się goiła, siniec znikał, nic nie bolało, miesiące mijały, mogłem znów skakać i grać.
I nagle dziś, akurat wtedy, gdy ulice zniknęły pod centymetrami heroiny, okazało się, że nie mogę solidniej zawiązać buta z wysoką cholewką. Boli jak sam s*urwysyn. Nauczka na przyszłość. Zawsze, ale to zawsze na wyrost dać się zbadać, narzekać, pilnować, naciskać, upierać się, rehabilitować. Niech nienawidzą, ale żeby chociaż wyleczyli.